Mieszkając jeszcze w Polsce Amsterdam był na mojej liście obowiązkowej „do zobaczenia”. Teraz mieszkam raptem 40 km od Amsterdamu i tak się składa, że za każdym razem, kiedy jestem w tym mieście wybieram inny sposób na zwiedzanie i zazwyczaj są to też różne trasy. Były wycieczki kanałami, rowerem przez Amsterdam, po zmroku szlakiem świateł na  Amsterdam Light Festival, a tym razem trafiliśmy na Amsterdam’s Tulip Festival.  I przyznam szczerze, że przy okazji wizyty Koleżanki chyba po raz pierwszy przyłożyłam się do oprowadzania po mieście 😉 Autko zostawiliśmy na parkingu P+R Arena i żółtą linią metra nr 54 dojechaliśmy na Central Station. I stąd tak naprawdę wystarczy podążać z tłumem 😉 żeby dojść na Plac Dam. Jest to punkt obowiązkowy każdego turysty. Miejsce , gdzie styka się historia z komercją. W pierwszej kolejności uwagę przykuwa oczywiście gmach Pałacu Królewskiego. No może nie uwagę Nicolaska, bo On odkąd zobaczył gołębie to niezbyt Go interesowało wszystko inne :)  Za to ja i Ola bardziej skupiłyśmy się na luksusowym domu towarowym De Bijenkorf – Kobiety 😉 Na Placu Dam znajduje się też popularny gabinet figur woskowych Madame Tussaud. Polecam serdecznie! W centralnej części Placu stoi pomnik Pamięci Ofiar II wojny światowej, gdzie w towarzystwie turystów z całego świata można usiąść na schodach i podziwiać życie miasta. Siedząc tak i rozglądając się natrafimy na polski akcent – Hotel Krasnopolsky, założony przez Polaka. Nie rozleniwiajmy się jednak za bardzo, ponieważ jesteśmy dopiero na początku trasy. Choć już tu musieliśmy wylądować w jednej z knajpek, gdyż większość grupy wołała „jeść!” :)  Tuż przy centrum znajduje się z jednej strony Oude Kerk, z drugiej Nieuwe Kerk. Jako że ani ja, ani moi towarzysze nie jesteśmy fanami architektury sakralnej nie skupialiśmy się na zwiedzaniu kościołów. Zależało nam na ciekawych kadrach i na tym, by poczuć życie miasta. Wobec tego kierując się w stronę dzielnicy Jordaan, zahaczyliśmy o Dom Anne Frank. Niepozorna kamienica z wielką historią odważnej dziewczynki. Jak to zwykle bywa przy jednodniowym zwiedzaniu miasta czas i kolejki ogranicza nas na tyle, że niestety nie weszliśmy do środka… Podążyliśmy dalej (zważając na wszechobecne rowery). Dzielnica Jordaan to niezwykle malownicze miejsce. Na wielu forach polecano Bloemgracht jako najpiękniejszy amsterdamski kanał.  Dziś też mogę się pod tym podpisać 😉 Z rozkoszą spacerowaliśmy, podziwiając tańczące kamienice. Wzdłuż kanału Herengracht (najbogatsza ulica) podążyliśmy w kierunku jednego z najbardziej obleganych i fotografowanych miejsc w Amsterdamie – Rijksmuseum i Museumplein. Goniło nas 4% opadów przewidzianych na ten dzień i chmura ta wcale nie wyglądała zadowalająco, więc dość przyspieszyliśmy kroku. I choć poczuliśmy parę orzeźwiających kropel, ku naszej radości 4% oddaliło się w przeciwnym kierunku i mogliśmy kontynuować zwiedzanie. Stolica Holandii słynie z muzeów. Rijksmuseum, czyli Muzeum Państwowe, Van Gogh Museum, Muzeum Miejskie – Stedelijk Museum czy Muzeum Biblii to tylko te najpopularniejsze. Trzy pierwsze znajdują się na Museumplein, gdzie – nie zaskoczę Was, spędziliśmy najwięcej czasu. Każdy z nas znalazł „coś” dla siebie. A to też dlatego, że na tym barwnym placu stoją olbrzymie litery tworzące słynny napis „Iamsterdam”. Mój Misiek i Ola szybko znaleźli więc zajęcie – jak czerwona budka w Londynie, tym samym jest zdjęcie przy tych czerwono-białych literach. Wykonanie fotki bez towarzystwa innych turystów jest chyba możliwe jedynie nocą i to podejrzewam, że nie może  być noc w zbyt imprezowym terminie. Mimo to i ja nie odmówiłam sobie tej przyjemności i z drżącymi nogami wspięłam się na jedną z liter. Bladego pojęcia nie miałam, jak uda mi się z niej zejść. Naprawdę jest dość wysoko. Na moje szczęście z odsieczą przybył mi mój Rycerz (dzielnie chroniąc przy tym także swojego Nikosia ;). W tym czasie nasz Nicolasek stał się modelem numer jeden ganiając duże bańki mydlane. Podążał ich śladem nie przesadzając kilkanaście minut i nie był zachwycony, kiedy siłą Go zabraliśmy z miejsca atrakcji. Na Museumplein leniwie spędziliśmy naprawdę sporo czasu. Nicolas zdążył wejść w głęboką kałużę, po czym my zgubiliśmy Jego zamoczony bucik (bez obaw – udało się odnaleźć). Wracając, nie odmówiliśmy sobie wejścia na skwer przy Rijksmuseum. Nim się obejrzeliśmy była już 18.00! Koniecznie chcieliśmy jeszcze zobaczyć zwodzony most Magere Brug na rzece Amstel. Lubię tę część miasta. W tym miejscu na wodzie zawsze „dzieje się” więcej niż na lądzie. Holendrzy z zamiłowaniem przenoszą swoje imprezy na łódki i pływają po amsterdamskich kanałach. Wzdłuż Amstel poszliśmy na Rembrand Plein do Starbucks, ponieważ rozpaczliwie potrzebowaliśmy coffee (cała ja :) ). I to był już ostatni punkt naszej wycieczki. Na stacji Waterlooplein wsiedliśmy do swojego metra. Oczywiście plany zakładały więcej: Begijnhof – miejsce także ‚wygooglane’ jako malownicze zakamarki Amsterdamu, Flower Market i Vondelpark.  Nie udało się, jednak i tak dzień zaliczam do udanych i cieszę się, że nie napotkało nas te 4% :)
sweetmommylifeamsterdam4982sweetmommylifeamsterdamdam

sweetmommylifeamsterdamgolembie

sweetmommylifeamsterdam5179

sweetmommylifeamsterdam5140

sweetmommylifeamsterdambloemgracht

sweetmommylifeamsterdammuseumplein

sweetmommylifeamsterdam5461

sweetmommylifeamsterdam5432

sweetmommylifeamsterdam5309

sweetmommylifeamsterdamfontanna

sweetmommylifeamsterdam5595

sweetmommylifeamsterdam5592

sweetmommylifeamsterdam5593

sweetmommylifeamsterdamlife